Przystanek II
Wojsko
Służbę wojskową w wolnej, odrodzonej po latach niewoli Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym młodzi ludzie traktowali jako wielki honor. Mundur polskiego żołnierza, orzełek na czapce, poczucie pełnienia straży nad spokojem wolnej ojczyzny – wszystko to sprawiało, że wojsko z jednej strony było traktowane jako zaszczytny obowiązek, z drugiej zaś – podnosiło w młodych chłopcach, rekrutujących się w większości ze wsi, poczucie własnej wartości.
Odczuł to także Andrzej Skupień Florek, kiedy po latach służby u obcych gazdów, latach sierocej poniewierki, nagle stał się częścią darzonej przez społeczeństwo uznaniem i zaufaniem społeczności młodych żołnierzy. Radykalnie też zmieniły się warunki jego życia. W koszarach na krakowskim Dąbiu toczyło się ono na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż w górskich wioskach tamtego czasu. Każdy miał własne łóżko, pościel, ręcznik, kompletne ubranie, opiekę lekarska. Andrzeja Skupnia szczególnie cieszył dostęp do biblioteki, a nade wszystko nieznany mu wcześniej wolny czas (parobek zawsze ma coś do zrobienia), który mógł poświęcić na czytanie.
I wówczas właśnie nastąpiło kolejne, jakże odmienne spotkanie z Janem Kasprowiczem niż to, które odbyło się wiele lat wcześniej w szkolnej klasie wiejskiej szkółki. A oto jak je wspomina sam Andrzej Skupień:
Kiedy odbywałem służbę wojskową w jednym z krakowskich pułków, to tam, w oficerskiej bibliotece tego pułku obok opisu „Podróży do Tatrów” Seweryna Goszczyńskiego, „Legendy Tar” Tetmajera, spotkałem twórczość znanego mi poety – Jana Kasprowicza, spotkałem jego kochane wiersze w zbiorach pt.: „Księga ubogich”, „Krzak dzikiej róży”, „Chwile”, „Mój świat”, a w nich przywitanie tych gór, od których oderwała mnie służba wojskowa, a za którymi tak bardzo cliwo [tęskno] mi było. Tam w tych wierszach „Mojego świata” czułem się jak w domu, bo tam było pisane o białodunajczanach, a to przecie moja rodna wieś, tam było o pani Pawłowej Mostowej z Poronina, którą dobrze znałem, było o starym mrozie, co grał na kozie, o św. Franciszku (feretronie), co raz do roku wychodził z kościoła z procesją w dzień odpustu na św. Marię Magdalenę, patronkę mojej parafii. Było to piękne i proste, a takie dobre na tęsknice, że dziś o tym mile z wielką wdzięcznością wspominam i najserdeczniej dziękują za pozostawioną nam twórczość. Która mnie urzekła i do pisania iskrę rozjarzyła.
Kontakt z wielkimi dziełami literatury polskiej, a przy nierzadko związanymi z ziemią rodzinną młodego wojaka, sprawił, że Andrzej Skupień Florek pokochał książki. Tej miłości pozostał wierny przez całe życie. Literaturę darzył ogromnym szacunkiem, ponieważ stała się jego przepustką do świata wiedzy. Była także drogą jego edukacji. Przez nią zdobył szeroką wiedzę, ona też pokazała mu, jak wiele człowiek mądry może uczynić dla swojego świata.
Opracowanie: dr hab. Anna Mlekodaj
Wojsko. Leczenie tęsknoty
W 1924 r. Andrzej Skupień Florek został powołany do wojska. Służył w Dywizji Podhalańskiej, w 21. Pułku Artylerii Polowej w Krakowie. W bibliotece wojskowej zetknął się z literaturą na temat Tatr i Podhala, która go zafascynowała i poezją która koiła jego tęsknotę za rodzimymi stronami. Szczególnie bliskie jego sercu były wiersze Jana Kasprowicza. Andrzej Skupień Florek wielokrotnie wspominał: „Tam w tych wierszach »Mojego światu« czułem się jak w domu”.
Poniżej publikujemy wybrane wiersze Jana Kasprowicza, które pozwalały Florkowi powracać myślami do rodzinnych stron1.
Wiersze pochodzą z tomiku: Jan Kasprowicz, Mój świat, Zakopane 2010. Publikacja wydana przez Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza z okazji 150. rocznicy urodzin poety.
Pani Pawłowa2
I.
Kochana pani Pawłowa –
Któż jeszcze jej nie pamięta?
I owszem, toć przecie wciąż żyje
I chowa swoje wnuczęta.
Nieraz, bywało, raniutko
Przynosi mi kawę w garnuszku
I z białą serwetą w ręku
Siada na moim łóżku.
Spojrzy mi w oczy i potem
W głos się serdecznie zaśmieje:
„Nie śpijcie, a jeno słuchajcie,
Jakie też były tu dzieje.
Mój świętej pamięci małżonek –
Niech Pan Bóg nad dusza mu świeci –
Nie wiedział za młodych swych latek,
Co to są żona i dzieci.
Co mógł, to zanosił do karczmy,
Siadywał śród takich osób
Jak on i co mógł, to przepijał,
Aż ja się wzięłam na sposób.
Przyszłam po rozum do głowy –
Jest rozum u zwykłej chłopki –
I sama zanoszę do karczmy
Wszystkie codzienne zarobki.
Zadumał się na to małżonek,
Omal nie umarł z zdziwienia:
«A cóż to – tak krzyknie – ma znaczyć,
Czy to się świat już przemienia?!»
«A juści, że się odmienia» –
Odpowiem i świeże butelki
Każę postawić na stole –
«Niech się raduje człek wszelki!»
I spojrzę jednemu z nich w oczy,
Że aż go przeszły ciarki.
Zerwał się chłop mój, w stół huknął,
Aż szklane zabrzękły miarki.
«Ha – krzyknę – ma chłop swoje prawa,
Ma swoje prawa niewiasta
I ona się szastać nie będzie,
Skoro się mąż jej nie szasta».
Okrutnie się zasumował
I nie mógł już patrzeć na to,
Ażeby pijała żona,
Harował zimę i lato.
Zaś każdą swobodną chwilę –
Niech Pan Bóg nad duszą mu świeci –
Przepędzał nie w karczmie, lecz w domu,
U swojej żony i dzieci.
I, wiecie, taka przemiana
Wyszła nam wszystkim na zdrowie:
Gdzie tylko spojrzeć, naokół
Gazdują nasi synowie.
On teraz, patrzajcie, tam sobie
Pod ta mogiłką leży,
Od czasu do czasu z północka
Do mych zapuka dźwierzy.
Tak więc, to jedno wam powiem –
Boście już przecie nie młodzi –
Czasami nawet pijaństwo
Na dobre ludziom wychodzi”.
II.
Kochana Pani Pawłowa,
Toć każdy z nas ją pamięta,
I owszem, wszak dotąd żyje
I chowa swoje wnuczęta.
Nieraz, bywało, raniutko
Przynosi mi kawę w garnuszku
I z białym ręcznikiem w ręku
Siada na moim łóżku.
Raz, popatrzywszy mi w oczy
Zagadnie: „Słuchajcie, mój panie,
Niejedną mieliście opowieść,
Ta jeszcze wam się dostanie.
Widzicie naokół mych synów,
Rozkosz to moja jedyna,
Lecz z wszystkich najbardziej jednego
Umiłowałam syna.
Sprawiło mi dużo kłopotu
To moje niesforne dziecię,
Pręt potrzaskałam niejeden
Na jego twardym grzbiecie.
Losy nie były łaskawe –
Dziś mówię o tym spokojnie –
Wyrwało go z domu nieszczęście,
Zginął na Wielkiej Wojnie.
Ale o matce pamiętał
Jeszcze w ostatniej chwili,
Wiedział, ze nikt już tak samo
Życia jej nie umili. –
Co się nie stało! W tej izbie
Siedząca kiedyś – czas płynie –
Czytałam starą bibliję
O marnotrawnym synie.
W samo południe! Dzień piękny,
Wiosna jak malowana,
Wtem czuję, ze ktoś mi uścisnął
Te moje stare kolana. –
«Wróciłeś, najdroższy mój synu!»
– «Raz jeszcze zobaczyć chcę ciebie
I tu się pożalić, żeś, matko,
Nie była na moim pogrzebie».
Tak sobie, wiecie, gwarzymy,
Tak rozmawiamy spokojnie,
Ja z synem moim najdroższym,
Co zginął w dalekiej gdzieś wojnie”.
III.
Kochana Pani Pawłowa,
Toć każdy z nas ją pamięta,
I owszem, wszak dotąd żyje
I chowa swoje wnuczęta.
Pewnego rana, raniutko,
Przyniosła mi kawę w garnuszku
I z białą serwetą w ręku
Usiadła na moim łóżku:
„Słyszałam o tym – zagadnie –
Wieść do mnie przychodzi mnoga,
Że ludzie się włóczą po świecie,
Szukając Pana Boga.
Że o tym wszystkim też stoi
W niejednej uczonej księdze
I że się ludzie wciąż skarżą
Na swoją ludzką nędzę. –
A mnie się zdaje – słyszycie,
Jak wróble pod dachem świergocą?
To wiosna do naszej izdebki
Wciska się całą mocą.
Wstańcie i idźcie do lasu,
Do tego idźcie potoku,
Gdzie tak – wiem o tym – lubicie
Siadywać każdego roku.
Pełno tam jaskrów złocistych,
Szerokich jak moje dłonie,
Pan Bóg tam stoi nad nimi
W swojej słonecznej koronie.
A idąc miedzami do lasu
Na nasze popatrzcie łany,
Wnet się nam owies wykłosi,
Sprawi to Pan Bóg kochany.
Idźcie do mojej stajenki,
Spojrzyjcie na moje bydlęta:
Z bożego żyją obroku,
Karmi je wola prześwięta.
Moimi karmi je dłońmi
I niech tam będzie, co będzie,
Na niebie jest Pan Bóg i ziemi,
On z nami jest tutaj i wszędzie.
On wiosną, On zimą i latem,
On w naszej jest żniwnej jesieni,
Niech piszą, co chcą, o tym księgi,
Toć tego już nic nie odmieni.
Wdzięczna mu jestem za wszystko,
Za chleb i za garstkę barłogu
I mówię: nie warto go szukać,
Gdyż człek jest przy Panu Bogu”.
Kochana pani Pawłowa,
Przynosi mi kawę w garnuszku
I plecie, co jej się widzi,
Siedząc na moim łóżku.
Kobziarz Mróz3
Któż to z nas kiedyś nie słyszał
O panu Jakubie Mrozie:
Mieszkał na skręcie rzeki,
Przy Dunajcowej łozie.
Lubił wychodzić z chałupy
Z radością w oczu wyrazie,
Gdy zaczynają na wiosnę
Żółtawe się puszczać bazie.
A zwłaszcza lubił swa kobzę,
Uciechy mu ona przysparza –
Któż by z nas nie znał w tym siole
Jakuba Mroza – kobziarza.
Widzę go dzisiaj jak ongi
W karczmie u Jaśka Bugaja,
Jak siada sobie w kąciku
I swoja kobzę nastraja.
Wydyma chude policzki –
Cudne to widowisko! –
Aż mu się trzęsie ogromne,
Płaskie jak deska nosisko!
Widziałem go nieraz na chrzcinach
I na niejednym weselu,
Jak przytupywał nogami,
Zwłaszcza po szklance chmielu.
Ogromnie czuł się szczęśliwy,
Wiedział, że nie ma człowieka,
Który by rad się nie kwapił –
Jeżeli kobza go czeka.
Tak mu mijały lata,
Tak żył ten muzykan prawy,
Aż kiedyś go na pokaz
Zabrano do Warszawy.
O, nie zapomni tej chwili:
Zebrali się różni ludkowie,
Panowie szlachta i cepry
I jak się tam naród ten zowie.
O, nie zapomni tej chwili:
Zatrzęsła się cała sala,
Zaczęli się śmiać z kobzy
I z jego płaskiego nochala.
Ugięły mu się kolana,
Wydłużył się nochal wspaniały,
Policzki się nie wydęły
I nogi tupać nie chciały.
Nie mógł już znieść widowiska,
Wyśmiany i wyszydzony
Uciekał prędko z stolicy
W swoje nadrzeczne strony.
„A niech cię! A niech cię! – tak skomlał –
A niech cię, ty głupi Mrozie!
Czyż ci nie lepiej było
Przy Dunajcowej łozie?
Nie lepiej ci było grywać
W karczmie u Jaśka Bugaja,
Gdzie się, bywało, twój nochal
I gęba do kobzy dostraja?
Nie lepiej ci było grywać
Na chrzcinach czy na weselu,
Gdzie nogi twe tupać umiały,
Zwłaszcza po szklance chmielu!
Hej, Mrozie, ty głupi Mrozie!
A może najlepsza jest droga
Mieć kobzę tylko dla siebie,
No i dla Pana Boga”.
Zakrystianin Palica (tryptyk)
III.
Zakrystianin Palica i Święty Franciszek z Asyżu
Wszedł do kościoła raniutko
Zakrystianin Palica,
Staruszek, że aż mu z starości
Krwawi się jego źrenica.
W ręku ma gruba ścierkę:
Jak obowiązek każe,
Z pyłu zaczyna omiatać
Obrazy i ołtarze.
Zachodzi po pewnej chwili
Ten starowina zgarbiony
Pomiędzy stare, zgarbione,
Drewniane feretrony.
„Hej, co się dzieje! – tak woła
Pełna zdumienia dusza –
Widzę, że dziwy się dzieją,
Feretron jeden się rusza!
Czy to ty, święty Franciszku,
Cóż to się z Toba stało?
Jak żywy wiercisz się człowiek,
A tylko drzewa masz ciało!”
„Okropnie mi się nudzi tu nudzi,
Aże sam sobie się dziwię,
Że mogę w tym ciemnym kącie
Przez życie stać tak cierpliwie”.
„Jak to przez życie? Pamiętaj:
Nie kłamstwem święci żyją,
Raz na rok na Magdalenę4
Wychodzisz z procesyją!”
„Wychodzę, mówisz? Nieprawda,
Wyszedłbym z wielka rozkoszą,
A tu mnie, jak trupa jakiego,
O, na tych marach wynoszą.
Nie ściskaj mnie tak swa łapa,
Puść mnie, Palico poczciwy,
Chce sobie pójść tam, nad rzekę,
Na ludzkie popatrzeć niwy.
Chce sobie pójść i do rybek
Wygłosić mądre kazanie.
Co? Nie chcesz puścić? Masz bratku!
Jeszczeć się więcej dostanie!”
I poczciwinie Palicy
Policzek wymierzył srogi
I hajda za wrota kościoła,
Na pola i na rozłogi.
Z początku chciał się obrazić
Palica: „ale – powiada –
Policzkowali Jezusa,
Cóż mnie, takiego dziada!”
Podyrdał za świętym Franciszkiem,
Przystanął nad brzegiem Porońca
I patrzy, jak do stóp świętego
Gromadzą się pstrągi bez końca.
A ten im prawi i prawi,
Ten święty Franciszek, bez chyby,
Że wszystko stworzone dla ludzi,
Wszelakie, jakie są ryby.
Tym bardziej, wszak rzecz to wiadoma –
Komuż by przeczyć wypadło? –
Pan Jezus w postaci człowieka
Sam bardzo lubił to jadło:
„Chwytajże, chwytaj, Palico!
Nikt chwytać ci nie zabrania!”
„I owszem, ale któż będzie
Słuchał Twojego kazania?”
„Ha, jeśli ryb mi nie starczy,
Choć ich po rzekach bez miary,
Zostaną mi jeszcze ludzie,
Ma dosyć ich świat ten nasz stary”.
Taka to była rozmowa
I będzie chyba do skonu
Zakrystianina Palicy
Z Franciszkiem z feretronu.
Opracowanie: Anna Kozak
- Wiersze pochodzą z tomiku: Jan Kasprowicz, Mój świat, Zakopane 2010. Publikacja wydana przez Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza z okazji 150. rocznicy urodzin poety. ↩︎
- Pani Pawłowa to Wiktoria Gut z domu Chowaniec (1858-1934), urodzona w Poroninie, żona Pawła Guta Mostowego. Od 1902 r. wraz z mężem prowadziła w Poroninie pensjonat z restauracją zlokalizowany w ich nowo wybudowanym domu nazwanym „Wańkówką”. Jednym z pierwszych ich gości był Jan Kasprowicz. Do „Wańkówki” przyjeżdżali również: Leopold Staff, Włodzimierz Tetmajer, prof. Eugeniusz Rommer, geograf, prof. Tadeusz Twardowski, filozof, logik, psycholog. ↩︎
- Wiersz dotyczy postaci Stanisława Budza Lepsioka „Mroza” (1858-1943), dudziarza z Murzasichla. ↩︎
- Kościół w Poroninie jest pod wezwaniem Świętej Magdaleny i w patronalne święto odbywa się tam odpust. ↩︎

